Autostopem nad morze! Z gór na Woodstock – część 1!

      Przenieśmy się na chwilę na początek 2015 roku. Beskid Mały, nieopodal Wadowic. Tak, tych samych Wadowic z papieżem i kremówkami. To tutaj właśnie zaczynają się góry. Właśnie z tych szczytów rozpościera się widok na równinę, która trwa aż po horyzont 🙂 Gdzieś tam, pośród wzniesień w mojej głowie rodzi się myśl. Decyzja nie jest spontaniczna. Od dawna chcę zrobić COŚ. Najdłuższe wakacje przede mną i nie tyle, że wypada, co trzeba gdzieś się ruszyć. Nie na weekend, nie rowerem, nie w Bieszczady. Ewidentnie chodzi o coś innego. Czy lepszego? Może. Coś większego? Jeszcze jak! Czegoś wymagającego więcej zaangażowania. Tak, żeby poczuć te wakacje, żeby wspominać coś więcej, niż tylko posiadówy w kanciapie. Chociaż letnie wieczory spędzane w przydomowym garażu, zaadoptowanym na pełnoprawne pomieszczenie wieczornych spotkań ma swój urok. Ale właśnie, skoro w zeszłym roku udało się stworzyć miejsce, które pochłonęło tyle mojego wolnego czasu, w tym roku warto dać sobie trochę chwili dla siebie, trochę odpoczynku w kurzu, brudzie i syfie. Mamo, tato, jadę na Woodstock! 😀

      Uwielbiam skupiska ludzi, którzy spotykają się w jednym miejscu, w jednym celu, których łączy jakaś zewnętrzna więź. Czy to pierwszy festiwal na który wymknąłem się z domu pod nieobecność rodziców, ognisko na Widokówce, Światowe Dni Młodzieży, czy to właśnie Woodstock. Wśród znajomych zdecydowana większość nie była w Kostrzynie nad Odrą, ale zna kogoś kto był i ten ktoś opowiedział im to i owo. Spośród wszystkich ustnych przekazów najczęściej powtarza się jedno stwierdzenie: tam nie jedzie się dla koncertów, koncerty są tylko dodatkiem, tam jedzie się dla atmosfery 🙂

      Przy dźwiękach Jolki przekonuję się do tego przedsięwzięcia przez kilka miesięcy. „Ale przecież ty nie słuchasz takiej muzyki!” „Przecież cię tam zabiją, albo się zaćpasz!!” Co jakiś czas pytam kogoś, czy nie jest chętny na wyjazd. Na początku roku mam kilku zwolenników w sprawie wyjazdu, bynajmniej nie po to, żeby potaplać się w błocie, ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, poczekajmy do lipca 😀 W tym miejscu warto wrócić do sedna sprawy, do autostopu. Sam wypad na festiwal jest mega opcją, ale gdyby połączyć to z wyjazdem nad morze? To już byłoby coś giga. Czasem chodzę do kina na megahity, ale na gigahicie jeszcze nie byłem. Czas więc chyba samemu zadbać o GIGA wrażenia. A gdyby pojechać nad morze autostopem, przy okazji zahaczając o Woodstock? To już byłby SUPERHIPERMEGAHIT! 😛

      Po przydługawym wstępie pora na konkrety. Towarzyszka podróży, z którą mam spędzić te urocze chwile niestety nie da rady wybrać się ze mną w podróż dotychczasowego życia i wycofuje się z przedsięwzięcia :/ Jednak obiecujemy sobie z Elizą, bo o niej mowa, że jeśli nie tym, to następnym razem wyruszmy gdzieś na stopa. Umowę realizujemy już w następnym roku, ale o tym napiszę innym razem. Ostateczny kompan podróży czeka zupełnie niedaleko. Mikołaj – niski, chuderlawy chłopiec (co prawda nie tak jak ja, ale jednak), prawie albinos, wygadany, rok starszy, również bez większego doświadczenia w tym sporcie, niezbyt pewny siebie. Generalnie łgarz i krętacz, chociaż on nazywa siebie pomysłowym i zaradnym życiowo 😀 Zna się na mapach, w końcu na maturze zdawał geografię, raczej krótkodystansowiec, znamy się od podstawówki – z tym człowiekiem spędzę prawie trzy tygodnie w podróży, przed 24 godziny dziennie 🙂

IMAG1162
Beskid Mały jest wspaniały!

Hulajnoga, piekła nie ma! Spakowani, uśmiechnięci i trochę niepewni tego co przyniosą nam najbliższe dni wsiadamy do samochodu. Ostatnie nieśmiałe spojrzenia kierowane w stronę gór. Jeszcze nie wymachujemy kciukiem, jeszcze przyjdzie na to czas. Mój kochany braciszek zawozi nas w idealne miejsce do rozpoczęcia przygody. Właśnie nadszedł ten czas. Poniedziałek, około godziny 8:00, lekkie zachmurzenie, temperatura 15 stopni powyżej zera, Droga Wojewódzka numer 948. Gąsienica samochodów przemyka na wyciągnięcie ręki od nas. Większość pewnie niedługo włączy biurowy komputer, otworzy drzwi swoich sklepów lub podbije kartę na zakładzie o ósmej rano. Chociaż trwają wakacje, dziś nie chciałem pospać sobie kapkę dłużej. Czy to znaczy, że w mniemaniu niektórych ludzi nie jestem nierobem? Nie ważne. Ważne jest tu i teraz. Ja łapię pół godziny, później zmiana. A zmiany nie było. Po kilku minutach zatrzymał się pierwszy podwoźnik. Do Oświęcimia mogę zawieźć. Wchodzimy w to! Znaczy się, wsiadamy! Następnie kilka mniejszych i większych podwózek i lądujemy na A4 przed wjazdem do Katowic 😀

      Naczelną zasadą podczas autostopowania między punktami A i B jest omijanie wielkich aglomeracji, szczególnie wojewódzkich. Jeśli nie jest to must be podróży, a kierowca zmierza właśnie do centrum, warto wysiąść na przykład na stacji benzynowej przed zjazdem do miasta. Och! Ileż godzin straciłem bezpowrotnie próbując wydostać się z centrum Wrocławia lub Zagrzebia, z którego notabene  próbowałem wyjechać trzy razy, podczas jednej podróży. Jedno miasto, wokoło droga szybkiego ruchu, autostrada, kilka obwodnic… Czasem ważniejszym pytaniem nie jest, którą drogę wybrać, tylko jak się dostać w dobre miejsce na wylotówce? Omijać wielkie miasta szerokim łukiem! Najlepiej właśnie obwodnicą 😀 Chyba, że kręci Cię jazda autobusami, tramwajami i szukanie dojścia do stacji, z której może ktoś nie kieruje się do miasta. Generalnie nie polecam.

Fotoram.io (1)
12 kilogramów to jeszcze nie tragedia 😀

      Na stacji benzynowej ustawiamy się przy wyjeździe. Oparte o siebie plecaki dumnie wskazują, że można określić nas mianem podróżników. Podróżnikom z góry ufa się bardziej. Widząc nas, można jeszcze do zaufania dołożyć współczucie 😀 Ta wybuchowa mieszanka ma za zadanie zatrzymać kogoś, komu będziemy towarzyszyć przez kilkadziesiąt minut przy dźwięku eremefki lub zetki. Chyba jednak jeszcze prezentujemy się zbyt okazale. Jeszcze nie widać zmęczenia, roztargnienia i braku chęci do życia, a wręcz przeciwnie, widać entuzjazm. Chwilowe niepowodzenie skłania nas do zmiany miejsca. Spacerując po stacji napotykamy parę (nie kilku) innych autostopowiczów. Pochodzą ze Słowacji i zmierzają na Woodstock. O! To zupełnie tak jak my, my też stopujemy w tamtym kierunku 😀 Chwilę rozmawiamy po polsko – słowacku i oczywiście nie obywa się bez wzajemnych śmieszków z języka. Życzymy sobie wzajemnie powodzenia i oddalamy się od konkurencji 🙂

      Na stacji, jak to na stacji, warto podchodzić do niczego niespodziewających się kierowców i już z daleka świecić zębami, pokazując tabliczkę z napisem Wrocław. Ci kierowcy, którzy nie podwiozą, dzielą się na dwa przypadki:

1. Odwracają głowę, jeśli tylko zobaczą, że idę w ich kierunku. Że niby nie widzą, że niby jadą w zupełnie inną stronę, że niby tacy skupieni, by nie przekroczyć magicznej bariery zalewania paliwa za 100,00 zł. Ta grupa dzieli się z kolei na dwie podgrupy:

– Twardych i zdecydowanych kierowców, do których jeszcze nie zdążę podejść wystarczająco blisko, żeby powiedzieć dzień dobry, a już słyszę ‘Nie, nie, nie, no nie ma jak’. Zazwyczaj niechętni do rozmowy. Na ogół wymachują przy tym rękami, wskazując na samochód, w którym oprócz wolnego miejsca z tyłu dla nas i naszych plecaków nie widzę nic innego. Czasem jeszcze można dostrzec uroczą panią, która z siedzenia pasażera oznajmia, że ‘Ja bym w sumie podwiozła, ale on tu rządzi, wiecie jak jest’ :/


– Ale jest jeszcze druga podgrupa. To są tak zwane miękkie pipy. To są tak miękkie pipy, że gdyby zapytać ich podczas posiedzenia w toalecie, czy można się dosiąść, to by się zgodzili. Serio. Niby nie widzą, niby nie wiedzą o co chodzi, ale kiedy podejdę, to jest takie charakterystyczne ‘Gdzie? Do Wrocławia? (Co z tego, że widzą jak wymachuję tabliczką od 20m :D) Hhehe, to nie po drodze mam’. I tym miejscu wiem, że połowa sukcesu już za mną. ‘To wystarczy tylko podwieźć za miasto kawałek, zawsze to troszkę bliżej <susze_zeby>’. Następuje chwilowa wymiana zdań. Widzę, że szala przechyla się na moją korzyść i w końcu pada to magiczne zdanie: ‘Noo, kawałek w sumie mogę podwieźć. Poczekajcie, tylko zapłacę’ 😉

2. Druga grupa to kierowcy dobre serce. Pogodni, weseli, nie odwracają się w drugą stronę na nasz widok, a wręcz przeciwnie. Uśmiechają się z daleka do równie uśmiechniętych autostopowiczów, dając cień nadziei, że nie musimy już szukać dalej. Zwykle pojawia się chwilowy zawód, ale ich pozytywne nastawienie do świata zaraz nam to rekompensuje. ‘Jeju jeju, no podwiózłbym was, ale jadę w drugą stronę’. Innym razem: ‘Sami widzicie, dzieciaki jeszcze wiozę, tak to bym was zabrał.’ Zwykle po krótkim ‘No trudno, dziękujemy!’, kiedy już mamy przejść dalej, słychać znajome pytanie ‘A skąd jesteście?’ ‘Wadowice okolice proszę Pana’. ‘Oo, to pewnie dzisiaj dopiero zaczęliście? Na Woodstock?’ Tu pojawia się pewna zależność, że im większa odległość od miejsca zamieszkania, tym dłuższy oookrzyk zdziwienia. Strach pomyśleć co będzie nad morzem 😀

Fotoram.io
Cel dnia pierwszego!

      Udaje się złapać stopa. Lśniące, czerwone Mitshubishi Lancer, około 30-letni właściciel w białej koszuli, na siedzeniach ułożone w chaosie papiery, teczki i długopisy. Tylna kanapa jednym, zagarniającym ruchem zostaje uprzątnięta. Plecaki lądują w bagażniku. Zajmuję miejsce z przodu. Komfort. Przed wyjazdem ustaliliśmy, że ten, kto siedzi z przodu ma za zadanie prowadzić rozmowę. Kolejny raz z przyjemnością odnajduję się w tej roli. Po krótkim wstępie, w którym standardowo przedstawiam nas oraz nasze cele należy przejść krok dalej. Rafał od początku wydawał mi się sympatycznym gościem. Pierwszy raz zabrał kogoś na stopa, a to zobowiązuje. Nie jego, a nas oczywiście, do prowadzenia miłej, kulturalnej pogawędki, opowiedzenia kilku ckliwych historii, ogólnie do trwania w oparach przyjaznej atmosfery. Rafał jest pracownikiem korporacji, stąd ta koszula. Strasznie fascynuje go, w jaki sposób zamierzamy spędzić najbliższe tygodnie. ‘Tylko stopem? W namiocie? Aż nad morze? Wooow’. Sam mówi, że trochę nam zazdrości. Będąc w naszym wieku nie robił takich rzeczy, a teraz dwutygodniowy urlop w nadmorskim mieście to praktycznie maksimum możliwości. Praca, czasem również weekendowa, żona, dzieci. ‘Witam po trzydziestce’. Żartowniś. Tu nie ma nic, a nic do śmiacia, samo życie. Z powodu korku na autostradzie ( 🙂 ) wysiadamy z samochodu zaczerpnąć trochę słońca i wiatru. ‘Wiecie, że tu zawsze jest korek? Za jakieś trzy kilometry jest zwężenie i wlotowa z prawej strony, bo przebudowują węzeł i tu za każdym razem się stoi. Rozumiecie? – Mówi to wszystko robiąc delikatne skłony – A wystarczyłoby jechać na zamek. Na zachodzie się da, a u nas? U nas jak zwykle’. Nawet nie śmiem dyskutować. W podróży na ogół wypada się zgadzać. To odnośnie przyjaznej atmosfery. Kiedyś w ferworze rozmowy zakwestionowałem jeden światopogląd kierowcy. Resztę krótkiej przejażdżki spędziłem w ciszy 😀

      Z Rafałem rozstajemy się około 16:00 na jednej z przyautostradowych stacji. Dostajemy butelkę wody na drogę, bo miło się rozmawiało. Dziękuję, mi również 😉 W końcu można skosztować pieczołowicie przygotowanych na drogę bułek z kotletem i innymi dodatkami. Ten zimny kotlet to chyba taki klasyk wyjazdowy. A jak smakuje! Do celu pozostało kilkadziesiąt kilometrów. Wszystko zadaje się przebiegać zgodnie z planem. Wieczorem mamy pojawić się w stolicy Dolnego Śląska, gdzie czeka na mnie Mati, u którego mamy spędzić pierwszą noc 🙂

      Zatrzymuje się kolejny samochód. Kolejna jednorazowa znajomość właśnie staje się faktem. Kiedyś myślałem, że lewy pas służy tylko do wyprzedzania. Kierowca, którego na potrzeby opowieści nazwę Damian, może dwa razy pojawił się po prawej stronie jezdni: kiedy na nią wjeżdżał i kiedy z niej zjeżdżał. Ponieważ zabraliśmy się spod Maca, w jednej ręce trzymał frytki, a w drugiej burgera. Wypada zapytać, jak w takim razie Damian kieruje samochodem? Kieruje kolanami. Autentycznie. Spytajcie Mikołaja. Nie wiem, czy podziwiać, czy się bać. Mikołaj też w lekkim szoku. Jednak opanowanie i perfekcja Damiana wskazują, że jest doświadczony w tym co robi. Uspokajam się.

      Bezpiecznie wysiadamy na najodleglejszej od centrum pętli tramwajowo – autobusowej Wrocławia. Wzajemne życzliwości, podziękowania, jesteśmy. Tramwajem dostajemy się do centrum. Potwierdzam u Matiego, czy wszystko aktualne i tak, mamy zameldować się pod podanym adresem około 22:00. Mnóstwo czasu, w sam raz na zwiedzanie starej części miasta. Zostawiamy plecaki w punkcie informacyjnym i dopiero wtedy dociera do mnie, że chęć zrobienia CZEGOŚ, właśnie staje się faktem. SUPERHIPERMEGAHIT po prostu się dzieje. Niebywałe. Spacerujemy wybrukowanymi ulicami rynku, zachwycamy się zapachem po burzy, odwiedzamy Ostrów Tumski, docieramy pod M3 Matiego.

Fotoram.io
Mati to jest gość!

Trzy pokoje, ale dwa takie mega malutkie, a w tym wszystkim czeka wygodne łóżko. Naprawdę, są rzeczy, które docenia się zawsze. Powrót po trzech tygodniach w podróży do własnej toalety w domu na przykład, ale mniej lub bardziej wygodne łóżko też jest spoko. To tutaj, jest wręcz idealne. Przed snem, po całym dniu zmagań kosztujemy jeszcze oprócz bułek z kotletem napój bogów, lokalny Piast. Swoją drogą, we Wrocławiu mają Piasta, w Warszawie Królewskie, a w Krakowie? 😀

Z tego miejsca chcę podziękować Mateuszowi, za udostępnienie miejsca do spania 🙂 Pierwszy dzień wyjazdu o roboczej nazwie Tour the City of Poland można uznać za zakończony. Czuć satysfakcję i może trochę dumę. Wbrew zapewnieniom mamy, nikt nas nie napadł, nie okradł, nie zabił. Chyba mieliśmy szczęście 😉 Ciekawe co przyniosą kolejne dni. Jeśli doczytałeś do końca, to szczerze Ci gratuluję 😀 Miło będzie, jeśli zostawisz jakiś komentarz, może podzielisz się swoimi doświadczeniami lub zaprosisz na piwo 😛 Mam nadzieję, że widzimy się przy drugiej części wpisu 🙂

 

 

 

Reklamy

2 thoughts on “Autostopem nad morze! Z gór na Woodstock – część 1!

Zostaw po sobie komentarz ;)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s